Rozmowa z Olgą Bończyk

Jestem wdzięczna za to, co się w moim życiu wydarzyło

Rozmowa z Olgą Bończyk – wokalistką i aktorką

– Jak często bywa Pani na Sądecczyźnie?

– Niezwykle rzadko i zwykle w sprawach zawodowych związanych z teatrem albo koncertem. Jednak za każdym razem, gdy tam jestem, czuję się niemal jak w domu. To ludzie, którzy nas goszczą, tworzą tę rodzinna atmosferę. Choć z Warszawy do Was jest daleko, to taka podróż zawsze pozostawia miłe wspomnienia.

– „Koncert pod wieżą” będzie okazją, żeby nieco poczuć klimat Krynicy?

– Krynica jest niezwykle pięknym kurortem, do którego przyjeżdżam zwykle z występami. Kilka lat temu, w Alei Gwiazd odcisnęłam nawet swoją dłoń. To było dla mnie wielkie wyróżnienie i zaszczyt.  Odległość od Warszawy jednak sprawia, że jeśli już pojawiam się w Krynicy to tylko zawodowo, czy to ze względu na Festiwal im. Jana Kiepury, czy moje solowe koncerty. W „Koncercie pod wieżą” biorę udział już po raz drugi. Wiesław Prządka, pomysłodawca i twórca tego koncertu corocznie zaprasza wyjątkowych gości, tak też będzie i w tym roku. Koncert odbywa się w wyjątkowej plenerowej scenerii, pod wieżą. Żeby się tam dostać, trzeba będzie wjechać wyciągiem narciarskim albo wdrapać się samodzielnie kilkaset metrów w górę. Jestem jednak pewna, że wysiłek się opłaci. Zapowiada się piękny koncert.

– W tym roku będzie można posłuchać muzyki filmowej.

– Tak, w tym roku tematem przewodnim jest muzyka filmowa z całego świata. Będę miała przyjemność przypomnieć dwie znane piosenki z polskich filmów: „Vabank” i „Noce i dnie”. Będzie też amerykański cover „Sway” i wokaliza z francuskiego filmu „Bilitis”. To będzie wyjątkowy koncert zwłaszcza, że na scenie pojawią się artyści z Francji i Argentyny. Będzie barwnie, kolorowo i oryginalnie.

– Niestety nie będzie można usłyszeć piosenek z Pani nowej płyty „Ślady miłości”.

– Nie tym razem, bo to przecież koncert, którego tematem przewodnim jest muzyka filmowa. A że film, to także część mojego świata zawodowego, tym bardziej cieszę się na ten wieczór..

– O płycie jednak koniecznie powiedzmy. Znalazło się na niej 12 piosenek przepełnionych miłością, ale też bardzo osobistych. Powiedziała Pani w jednym z wywiadów, że tekst najstarszej powstał 20 lat temu.

– To prawda.  Wiele tekstów pisanych przed laty „mieszkało” w szufladzie mojego biurka. Wówczas nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę miała odwagę je komuś pokazać. Mijały lata, niektóre teksty nie przeszły próby czasu i wylądowały w koszu, inne przetrwały do dziś. Kiedy zbierałam materiał na płytę, okazało się, że te moje teksty nie straciły na autentyczności, wciąż czułam w nich tę samą energię. Aleksander Woźniak i Filip Siejka opatrzyli je piękną muzyką i tak powstała cała płyta, z której dziś tak bardzo jestem dumna. Wszystkie piosenki są rzeczywiście bardzo osobiste, choć byłabym ostrożna w doszukiwaniu się biograficznych szczegółów. Raczej są przekazem moich myśli, energii i emocji. Zresztą moim zdaniem piosenki są po to właśnie, żeby wyśpiewywać emocje, w których mogą się przeglądać słuchacze. I chyba to się udało. Są pierwsze recenzje i oceny, w których czytam, że niektórzy słuchają tej płyty niejako terapeutycznie znajdując w nich własne historie i własne relacje. To miłe wiedzieć, że moje piosenki są komuś potrzebne.

– Nie obawia się Pani autobiograficznego odczytywania Pani utworów?

– Piosenki „Nasz walc” czy „Ślad miłości” dotyczą bardzo konkretnych smutnych zdarzeń, które na zawsze pozostawiły w moim sercu ślad. Ktoś więc mógłby z łatwością dopasować zdarzenia do wyśpiewanych słów w tych piosenkach. Starałam się jednak, aby moje piosenki były na tyle uniwersalne, by raczej słyszeć w nich emocje i energię niż konkretne daty czy zdarzenia.

– Jak Pani gdzieś powiedziała: „ta płyta zamyka przeszłość”. Trzeba zamknąć przeszłość, żeby iść dalej?

– Idąc przez życie należy każdy etap za sobą zamknąć. Z wdzięcznością, z uśmiechem i szacunkiem do wszystkiego, co się wydarzyło. Tylko w ten sposób można pójść dalej, otworzyć kolejne drzwi. „Ślady miłości” domknęły we mnie ważny etap, jakąś historię, z którą musiałam się rozliczyć i pożegnać. Pisząc własne teksty, wypowiadając pewne słowa, mówię: to się wydarzyło, mam to za sobą, mogę otwierać kolejne drzwi. I chyba tak się właśnie już stało, bo dosłownie kilka dni temu miałam premierę swojego najnowszego singla pt: „W jednej chwili”, który brzmi już zupełnie inną energią, pogodnymi emocjami, otwierającymi się na to co przychodzi. Wierzę, że na każdym etapie swojego życia można wszystko zacząć od nowa. Zamknąć jedne drzwi, aby otworzyć nowe. Nigdy nie jest za późno na nowe życie.

– Widać w tych tekstach, że jest Pani wdzięczna za każdy dzień. Trudne doświadczenia uczą, że trzeba się cieszyć każdą chwilą?

– W moim przypadku na pewno tak było, ale wydaje mi się, że wdzięczności powinniśmy się uczyć od dziecka, niezależnie od tego, czego w życiu doświadczamy. My, Polacy jesteśmy narodem, który lubi rozdrapywać rany, wypominać sobie złe sprawki, rozpamiętywać, rozliczać i oskarżać za winy popełnione przed laty. A nikt nas nie uczy, żeby być wdzięcznym za to, co było i za to, co jest tu i teraz. Kilkanaście lat temu zaczęłam uczyć się i pielęgnować w sobie to jedno z najpiękniejszych uczuć jakim jest wdzięczność i poczułam ulgę. Codziennie kładę się do łóżka i naprawdę całą sobą jestem wdzięczna za to, co się wydarzyło w mijającym dniu. Dziękuję za wszystko co dobre i złe. Bo przecież obiektywnie przykre zdarzenie może być tylko „wyczyszczeniem pola” i daniem przestrzeni, by w naszym życiu pojawiło się coś, na co czekaliśmy długie lata. Trzeba tylko zawierzyć losowi i dać mu działać. Umiem żegnać stare historie bez żalu, umiem odcinać się od spraw i ludzi, które mnie tylko kotwiczą sentymentalnie, ale już nic nie dają. Wiem, że ktoś może mi teraz zarzucić, że to od lat wyświechtane, powtarzane zdania, że cytuję terapeutów i psychologów mówiących: „bądź uśmiechnięty, bądź szczęśliwy i pozytywny a twoje życie się odmieni”. Ale czymś innym jest teoria a czymś innym praktyka. Ja bardzo wierzę w to, że pozytywne myślenie i wdzięczność są niezwykle ważne, bo one nakręcają spiralę dobrych zdarzeń. Jestem tego przykładem, bo tak się dzieje w moim życiu.

– To widać, emanuje z Pani taki spokój ducha.

– Rzeczywiście bardzo często ludzie pytają, skąd u mnie taki pozytywny nastrój, taka dobra energia. Nawet jeśli coś się złego dzieje i inni panikują, ja mam w sobie ogromny spokój, bo wierzę, że kosmos podsunie mi pomysł na rozwiązanie problemu. I najczęściej tak właśnie jest. To dlatego, że wierzę, że wszystko, co do nas przychodzi, wydarza się po coś. To również bardzo pomaga przetrwać wiele zakrętów, burz, czy sytuacji, które nas zaskakują. Przyjmuję wszystko z uśmiechem, mam całkowitą zgodę na to, co przychodzi. Dlatego też bardzo trudno wytrącić mnie z równowagi, bardzo trudno jest mnie dotknąć czy sprawić, że będę zła. Jednego tylko żałuję, że tak późno się tego nauczyłam. Gdybym to wszystko wiedziała wcześniej, to swoje młode lata przeżyłabym może mniej nerwowo, na większym luzie i z dystansem? Ale co było to było. Widocznie tak musiało być.

– Jest Pani piękną kobietą, to widać zresztą w teledyskach, które promują płytę. To wynik harmonii ciała i duszy, akceptacji siebie?

– Nieustająco słyszę na swój temat dużo komplementów, co oczywiście jest bardzo miłe. Nie można jednak zapominać o genach, o tym, że obiektywną urodę nie zawdzięczam sobie, tylko moim rodzicom. A z drugiej strony gdybym była zgnuśniałą, niedbającą o siebie, złośliwą babą z zaciśniętymi ustami i wrednym spojrzeniem, raczej nikt by nie obdarzał mnie dobrym słowem. Na urodę składa się wiele elementów, ale na pewno jednym, którego nie można pominąć, jest życiowy optymizm i pogoda ducha. W ciągu dnia bardzo wiele się uśmiecham, uśmiecham się do przechodniów, a wtedy ludzie uśmiechają się do mnie, dziękuję za każdy najmniejszy gest, każdy drobiazg. Nawet gdy idę ulicą czy jadę rowerem i samochód mnie przepuszcza, zawsze uśmiecham się do kierowcy dziękując za jego uprzejmość. Wierzę, że jeśli ja się będę uśmiechała, to ludzie będą uśmiechać się do mnie, w ten sposób będę tym uśmiechem zarażać innych. To też moja filozofia życia. Nikogo nie pouczam, nie moralizuję, ale uważam, że sama powinnam być dla innych wzorem. Jeśli potrafię żyć dobrze, mądrze, uczciwie, potrafię być punktualna, rzeczowa, konsekwentna, profesjonalna, to ludzie, których będę przyciągać do siebie, też tacy będą. Zauważyłam na przykład, że smutasy omijają mnie już od lat. Przyciągam raczej ludzi, którzy są energiczni, mają pomysł na siebie i swoje życie.  I rzeczywiście otaczają mnie ludzie optymistyczni, cudownie zaangażowani w różne mądre, potrzebne projekty. Oni mnie inspirują, z nimi można zdobywać szczyty. Nie lubię marnować czasu na ludzi, którzy nic do mego życia nie wnoszą. Przez dużą część życia byłam ograbiana ze swojej energii przez innych. Dziś tego nie chcę. Chcę się dzielić sobą, ale uczciwie – dawanie i branie to równowaga, której w końcu się nauczyłam.

Rozmawiała: Jolanta Bugajska