

Nie pozuję na jakąś diwę, to nie mój charakter
Rozmowa z aktorką Joanną Kulig
– Przyznaję, że zdumiał mnie Pani telefon, że pamięta Pani o wywiadzie dla „Dobrego Tygodnika Sądeckiego” i możemy się już umówić na rozmowę. Zero gwiazdorstwa…
– Cieszę się, bo „Dobry Tygodnik Sądecki” to w końcu moje strony, więc nie ma mowy, żebym takiej rozmowy odmówiła. Tylko tyle się działo różnych rzeczy ostatnio… Ale cały czas leżało mi w pamięci, że obiecałam, więc trzeba to zrobić, bo potem znów się coś wydarzy i zaginie w ferworze miliarda spraw. Mogę odmawiać innym, ale lokalny patriotyzm u mnie zawsze zwycięża.
– Za Panią mnóstwo wywiadów, mnóstwo spotkań w związku z premierą „Zimnej wojny”. Były wśród nich takie wyjątkowe, szczególnie zapadające w pamięć?
– Rzeczywiście bardzo dużo się działo. Samo przyjęcie filmu na festiwalu w Cannes było wyjątkowe: reakcja publiczności, gwiazd światowego kina i łzy wzruszenia u chociażby Julianne Moore czy Benicio Del Toro. To było niezwykłe. Film wszedł w Polsce na ekrany 8 czerwca i ma bardzo dobrą oglądalność, choć to kino artystyczne. A niedługo premiery w Anglii, Francji, Stanach Zjednoczonych, więc trzeba się szykować na kolejne wyzwania. To wielkie przeżycia dla mnie i jestem bardzo szczęśliwa, że ta ciężka praca, która trwała ponad rok, biorąc pod uwagę przygotowania do filmu i zdjęcia, znalazła taki wydźwięk w odbiorze światowym.
– Grając w filmie, spodziewała się Pani takiego efektu?
– Aż takiego chyba nikt się nie spodziewał. Trudno jest przewidzieć, na jaki festiwal film trafi i jak będzie odebrany. Ale że to będzie dobry film, to wiedzieliśmy. Widać było, że to będzie niezwykły, dopracowany, wzruszający obraz. Potem potwierdził to fakt, że film dostał się do selekcji głównej w Cannes, gdzie wybieranych jest zaledwie kilkanaście filmów z kilku tysięcy zgłoszonych. To już było olbrzymim wyróżnieniem, tym bardziej, że polskiego filmu nie było tam od bardzo dawna. A to co się stało później, jego odbiór, nagroda to było niezwykłe. To naprawdę wielki sukces.
– Sama praca nad filmem też chyba była niezwykła? Po pierwsze ilość dubli, nawet 60 i więcej, to się rzadko zdarza?
– To była misterna praca nad detalami. Bardzo ważny w filmie był obraz, więc każdy kadr musiał być odpowiednio ustawiony. W tym wypreparowanym świecie my aktorzy musieliśmy być bardzo naturalni. Więc zanim te wszystkie elementy: światła, scenografii, ruchu, gry aktorskiej się dograło, było sporo dubli. Paweł Pawlikowski pracuje w profesjonalny sposób, szukając prawdy a równocześnie stylizując ten świat, więc u niego taka ilość powtórek ujęć jest normą. Robiliśmy już razem trzy filmy, dlatego nie było to dla mnie zaskoczeniem, ale to rzeczywiście w typowej pracy nad filmem to dość niespotykane.
– Niezwykłe było też to, że układ kręcenia kolejnych scen odpowiadał chronologii wydarzeń w filmie?
– To było bardzo ważne. Dzięki temu można było wtapiać się w tę rzeczywistość, bez przeskakiwania w czasie. Dzięki temu, wraz z kolejnymi scenami, temat w nas aktorach powoli dojrzewał, tak jak dojrzewały grane przez nas postacie. To oczywiście pomagało budować rolę. Rzeczywiście taki sposób pracy bardzo rzadko się zdarza, może w teatrze tak. W filmie jest to trudne, choćby ze względu na dostępność aktorów, obiektów, scenografię. Taka chronologiczna praca wymaga dużej elastyczności, ale niewątpliwie wpływa na klimat pracy.
– Trzeci niecodzienny element to czarno-biała konwencja filmu.
– To po „Idzie” drugi czarno-biały film Pawła. Początkowo reżyser myślał o kolorze, ale te czasy, o których opowiada film, były czarno-białe, i zdjęcia z nich były czarno-białe i świat był trochę bury, więc konwencja była naturalną kolorystyką tamtego czasu. Dzięki temu jest wiarygodnie.
– Lat 50-60., w których toczy się akcja, Pani osobiście nie zna, ale pamięta Pani koniec lat 80., schyłek komunizmu?
– Bardzo niewiele, jakiś obraz musującej oranżady, pani w sklepie w białym fartuchu, plakaty Solidarności, ale wszystko jak przez mgłę. Dużo więcej pamiętał nieco starszy Tomasz Kot. Ale zdaję sobie sprawę, że nasza historia jest bardzo trudna, i pokolenia naszych dziadków czy rodziców żyły w niezwykle trudnych czasach. A historii trudnych miłości emigracyjnych i rozstań, nie tylko takich jak ta przedstawiona w naszym filmie, mogło być sporo, bo wynikały ze zderzenia się jednostki z historią.
– Wspomniany Tomasz Kot mówił w jednym z wywiadów, że łączyła Was „chmura energetyczna”. Tą pozytywną chemię widać na ekranie.
– Z Tomkiem świetnie się pracowało, to doświadczony aktor i wspaniały człowiek. Niesamowite było to, że budowaliśmy filmową relację, wielką miłość, a poza planem przyjaźniliśmy się jak brat i siostra, z wielkim poszanowaniem swoich granic, oddzieleniem aktorstwa i życia prywatnego. Tomek był naprawdę wymarzonym partnerem do budowania tej roli. Miło, że on też tak to widzi.
– A w ogóle podoba się Pani film?
– Tak, bardzo. To takie spełnienie moich marzeń. Mogłam pokazać i umiejętności aktorskie, i muzyczne, i jeszcze nadrobić taneczne. Taka rola to marzenie. To wielkie szczęście, że mogłam ją zagrać.
– Lubi Pani swoją postać Zulę?
– Na początku trudno mi było ją zrozumieć, bo są w niej duże pokłady autodestrukcji. Ale jak ją zrozumiałam, to bardzo ją polubiłam.
– Aktorzy mówią nierzadko, że grając jakąś rolę, dowiadują się czegoś o sobie. U Pani też tak było?
– Ta rola i ten film nauczyły mnie dużej cierpliwości, której w życiu mi brakuje. Ilość dubli, długość przygotowań i koncentracja, jaką w to wkładałam, wymagały ode mnie pokonywania granic zmęczenia, długofalowego skupienia i dobrej komunikacji międzyludzkiej. Ta granica została poszerzona, więc gdy później miałam inne zdjęcia, wydawało mi się, że wszystko co robię, jest już łatwe. To jak z grą na pianinie, na początku utwór wydaje się ciężki, nie do wyćwiczenia, a gdy pół roku później się go gra się, to ma się wrażenie, że to prościzna. Ale właśnie musi być ten trud, czasem kryzysy, zniecierpliwienie, męka twórcza, to wszystko jest potrzebne. Dla mnie niełatwe było łączenie różnych elementów. Jest na przykład taka scena, gdy tańczę, nagle widzę na widowni Wiktora i muszę pokazać emocje. To wcale nie było łatwe, bo jestem na scenie, tańczę w grupie, a równocześnie gram emocje Zuli.
– W wywiadach mówiła Pani, że ze śpiewaniem problemów nie było, ale taniec to jednak było wyzwanie.
– To było wyzwanie, bo nigdy nie uczyłam się tańczyć. Owszem improwizować potrafię, mam muzyczne wykształcenie, w szkole aktorskiej miałam zajęcia z tańca, ale jednak był to element, który musiałam mocno wyćwiczyć. Chodziłam na próby Mazowsza z pół roku.
– Folklor towarzyszył Pani w dzieciństwie, w Muszynce?
– Nasze strony, region Lachów, są bardzo rozśpiewane. U nas w Muszynce takiego stricte ludowego zespołu nie było, ale wiadomo, że przy różnych uroczystościach śpiewało się, grało, tańczyło. Jak byłam dzieckiem, nie było elektronicznych instrumentów. Pamiętam wesela, podłogę zbitą z desek i ludowe instrumenty – akordeony, klarnety. Muzyka ludowa kwitła właśnie przy okazji uroczystości ważnych w życiu człowieka – ślubów, komunii. Sądecczyzna jest zresztą bardzo rozśpiewana. Pięknie śpiewa moja babcia Helena, która zna mnóstwo pieśni ludowych. Kiedy jeździłam do niej do Grybowa, to zawsze napełniała mnie fantastycznymi inspiracjami twórczymi. Mój tata był drużbą odśpiewującym na weselach piosenki. Dużo śpiewało się w kościele w Muszynce. Tu zresztą ludzie nadal bardzo głośno śpiewają, mój mąż zawsze się dziwi, że u nas w kościele śpiewa się pełnymi głosami. Jak była pielgrzymka papieża Jana Pawła II to w Starym Sączu wykonywaliśmy utwory na ludową nutę. Więc z muzyką regionalną spotykałam się zawsze.
– Występowała Pani przy ołtarzu papieskim w Starym Sączu?
– Tak, w grupie muzycznej, w czasie pielgrzymki Jana Pawła II w 1999 r. Wykonywaliśmy utwory ludowe, śpiewaliśmy z chórem. Mazowsze też ma w swoim programie utwory Lachów sądeckich, więc teraz miło mi było tego słuchać. Muzyka ludowa zawsze płynie z serca, a to mocno oddziałuje na odbiorców. Widać to też filmie, utwory ludowe przechodzą w aranżacje symfoniczne i jazzowe, i ta muzyka ma moc. Sygietyński, podobnie jak w filmie, te ludowe utwory ponagrywane, usłyszane, przepięknie zaaranżował, ale jednak ich rdzeń pozostał niezmieniony. Tak jak „Dwa serduszka” , które bardzo pięknie brzmią w wykonaniu białego czystogłosu w stylizacji ludowej, później orkiestrowej, a na końcu w wersji jazzowej i to po francusku. Ten film zresztą wspaniale promuje naszą kulturę.
– I jak Pani powiedziała, podoba się, jest pozytywnie odbierany za granicą.
– Tak, zresztą kolorowe, dynamiczne Mazowsze zawsze robiło furorę na świecie i łapało za serce.
– Śpiewa Pani sobie czasami „Dwa serduszka”?
– Tak (śmiech). Ostatnio śpiewał to synek mojej siostry, Antek, który ma 3 latka. Siostra przysłała mi nagranie i mocno się wzruszyłam. Ciekawe jest to, że np. dziennikarze z Anglii mówili, że ten utwór jest absolutnie wspaniały, i że trzeba wydać piosenkę „Ojojoj”, bo taki jej tytuł nadali. Jak ktoś wychodzi z kina to nuci ten utwór, bo to piosenka przewodnia, która łatwo wpada w ucho. Trochę też ten utwór jest kwintesencją relacji Zuli i Wiktora, opowiadając o dwóch sercach, które spotkać się nie mogą…
– Jaki jest odbiór filmu w Muszynce?
– Bardzo dobry, cała Krynica jest oblepiona plakatami i wiem, że mnóstwo osób do kina poszło. Dostaję mnóstwo SMS-ów z gratulacjami.
– A rodzina?
– Miałam taką rodzinną premierę w Krakowie. Wszyscy przyjechali. Spędziliśmy ten czas razem. Było bardzo miło.
– Teraz po „Zimnej wojnie” sypie się mnóstwo propozycji, będzie Pani mogła przebierać w rolach?
– Na razie jest intensywny czas promocyjny filmu. Przychodzą różne scenariusze, ale podchodzę do nich na spokojnie. Czytanie i zastanawianie się, co dalej, to inny rodzaj energii niż ta radość, euforia, które towarzyszą mi teraz, gdy jeździmy z filmem.
– Chyba ma Pani szczęście do scenariuszy, do ciekawych i różnorodnych ról?
– To nie jest tak, że takich ról nie wiadomo ile powstaje. Zagrałam już w sporej ilości filmów, ale tych głównych ról poza „Środa, czwartek rano” i teraz „Zimną wojną” właściwie nie było. Za to te drugoplanowe faktycznie były ciekawe: policjantka, zakonnica, gwiazda disco polo i bardzo się z tej różnorodności cieszę.
– Co ciekawe, właśnie Panią się zapamiętuje z tych filmów, nawet jeśli to rola drugoplanowa, jak choćby w „Sponsoringu”, „Idzie” czy „Niewinnych”.
– Cieszę się bardzo.
– Wróćmy do tego, o czym mówiłyśmy na początku – po festiwalu w Cannes czuje się Pani gwiazdą?
– Staram się podchodzić do tego, co się dzieje, artystycznie. Określenie „gwiazda” może kiedyś miało jakieś magiczne znaczenie, mówiło się o gwiazdach starego kina, ale teraz to pojęcie się zdewaluowało. Wolę określenie artystka, do tego zresztą dążę, bo to kojarzy mi się z ciągłym rozwojem. Oczywiście ludzie czasem tak do mnie mówią, więc uśmiecham, dziękuję, ale traktuję to z dystansem. Nie pozuję na jakąś diwę, to nie mój charakter.
– W rozmowie przed rokiem wspominała Pani swoje marzenie 15-latki, która zobaczyła w Krynicy dziewczyny z zespołu Mazowsza i westchnęła, żeby kiedyś też tak występować na scenie… I oto nie tylko, że marzenie się spełniło, na dodatek zagrała Pani właśnie z zespołem Mazowsze.
– To było niesamowite. Los zatoczył jakieś niezwykłe koło.
– Powiemy dziś o jakimś marzeniu, żeby też się spełniło?
– Moim największym marzeniem jest, żeby być szczęśliwą, taka się czuję teraz, ale żeby się to nie zmieniło. Żebym zawsze starała się być dobrym człowiekiem. Żebym nie „zwariowała” i nie straciła poczucia, że najważniejszy jest drugi człowiek, relacje z nim, przyjaźnie i rodzina. Żebym dalej rozwijała się artystycznie. Ale przede wszystkim życzę sobie spokoju, równowagi, radości z życia.
Rozmawiała Jolanta Bugajska
Zdjęcia: Kino Świat
