
Andrzej Stasiuk
Czająca się obecność śmierci
Pisarz i felietonista w rozmowie nie tylko o odchodzeniu i przemijaniu.
– Mówi Pan o sobie, że jest człowiekiem starym. To prowokacja?
– Jestem człowiekiem starym, pięćdziesiątka to nie dwudziestka – nie można tak szaleć jak kiedyś, tak przyjmować świata. A z drugiej strony wcale nie czuję się stary – ogień jeszcze nie zgasł. Właściwie starość jest w porządku, gdy się człowiek na nią godzi i dobre wykorzystuje.
Na przykład od paru lat nie sypiam tak jak dawniej. Kiedyś mogłem spać 12 godzin, teraz wstaję o 6. i oglądam cudowne poranki. Mam mniej czasu w życiu, ale więcej czasu w ciągu doby. Sześć godzin snu, a reszta to czas na patrzenie, pisanie, na życie, na wszystko. To nie jest źle pomyślane.
– Mnóstwo czasu zostaje na życie…, a myśli Pan też o śmierci?
-Jasne, codziennie myślę o śmierci.
– Pytam o to, bo współczesność kreuje wizerunek człowieka zawsze młodego, sprawnego i wydawałoby się nieśmiertelnego.
– Ja nie jestem współczesnym człowiekiem. Jest stosunkowo mało godności we współczesnym człowieku, który próbuje udawać, że śmierci nie ma, a kiedy ona przychodzi, okazuje się, że jest wobec niej bezradny albo jest nią ogłuszony. Myślę o śmierci, to naturalne sprawa. Ona przyjdzie, tego jednego można być pewnym. Tak…, myślę o śmierci. Coraz częściej na pogrzeby chodzę i to nie przypadkowych ludzi, ale przyjaciół, znajomych. Coraz częściej ta myśl się odzywa.
– Mówi Pan o tym bardzo spokojnie.
– Mam się popłakać? Wypić duszkiem Jacka Danielsa? Moja mama ma 76 lat, zaczyna chorować. Kiedy ją odwiedzam, robi fajne rzeczy – na przykład niczym figlarna dziewczynka przymierza czarną suknię, pokazuje strój do trumny i mówi, żebyśmy niczego nie kupowali, bo wszystko jest przygotowane. Potrafi w taki ludowy, sarmacki sposób żartować ze śmierci, godzić się z nią, wiedząc, że w skali ludzkiego życia, to już niedługo. Trzeba czasami brać przykład z rodziców.
– Dla współczesnego człowieka, jak Pan napisał, śmierć jest trwogą, spada przez przypadek i bez sensu.
– Śmierć jest trwogą, ale dla współczesnego człowieka większą, bo przestał rozumieć jej sens. Jeszcze nasze babki ten sens pojmowały, godziły się z umieraniem. Nam to odebrano. Byłem przy śmierci swojej babki. Umierała w wiejskim domu, z całym obrządkiem czuwających ciotek, z porannym wejściem cioci i jej słowami: „Już nie ma babci”. Miałem wtedy z osiem lat. Nie zdziwiłem się, że umarła. To jest rzeczywiście to, co współczesność nam zabiera.
– Tu w Beskidach, Gorlicach, Limanowej, Sączu inaczej podchodzi się do śmierci niż w innych częściach świata?
– Nie mam bladego pojęcia, nie studiowałem, jaki ma stosunek świat do śmierci. Czasami widuję za granicą pogrzeb. Wygląda… surrealistycznie. Mam okolice pełne cmentarzy – łemkowskich i z pierwszej wojny światowej. 1 i 2 listopada je odwiedzam…
– Zapala Pan znicze, wymawia imię, bo dopóki ktoś wymawia imię, ten człowiek żyje?
– Tylko tyle można zrobić, zapalić świeczkę, odczytać imiona, stopnie wojskowe, w końcu po to są te cmentarze, żeby robić taki swoisty apel poległych.
– Smutne. Zostały tylko imiona, które nam nic nie mówią, choć dla tych ludzi ich życie było wszystkim, stanowiło sto procent.
– Nie mogli żyć wiecznie. Cesarz niemiecki wysyłając do walki swoich opornych żołnierzy, krzyczał: „Co psy, chcecie żyć wiecznie?” Śmierć to śmierć. Wizyta na cmentarzu zawsze pobudza do myślenia. Odczytywane imiona skłaniają do refleksji, można sobie tamten świat wyobrażać, przez to nasz świat staje sie większy. Można sobie dopowiadać historie tych wszystkich Petrów, Karelów, Gottliebów – skąd przyszli, po co przyszli, jak ginęli i po co zginęli. Można docenić to, że teraz mamy tak dobrze, a może właśnie mamy gorzej, bo nie umiera się za idee.
– No tak, w końcu kiedyś powiedział Pan, że „facet powinien być śmiertelny…”.
– Śmierć przystoi facetowi, kobieta powinna być piękna i wieczna…
– To chyba kolejny nasz współczesny mit.
– Nie chodzi mi nawet o, nazwijmy to, współczesną nieśmiertelność kosmetyczną. Facet bardziej się zużywa niż kobieta. Nie wiem, ale… nie chciałbym swojej żony oglądać martwej. Chyba wolałbym wcześniej umrzeć. Ale z drugiej strony to potworny dramat, bo wiem, że wtedy ona by cierpiała. Co zrobić? Żadne wyjście nie jest dobre…
– Podobno wybrał Pan nawet miejsce, gdzie chce być pochowany – w Wołowcu, pod starymi drzewami.
– Nasz wiejski cmentarz w Wołowcu jest naprawdę piękny – cudny pejzaż, cisza, pasące się sarny. Nie ma co wierzgać przeciwko śmierci, ona przyjdzie, trzeba ją tylko jakoś fajnie przywitać, a wcześniej jej dojmującą, czającą się obecność, wykorzystać.
Rozmawiała Jolanta Bugajska
„Dobry Tygodnik Sądecki”, 28 października 2010 r.
